-

Stalagmit

Nad Kamienną od wojny do wojny

Po wojnie z bolszewikami mieszkańcy Wierzbnika i Starachowic przeżywali tak samo ciężkie chwile jak i pozostali mieszkańcy naszego kraju. Starachowicka huta nie działała od 1915 roku, bo nie docierały do niej dostawy opału i surowca. Zarząd Zakładów Górniczych starał się uruchomić zakład, co jednak nie przyszło łatwo. Na szczęście robotnicy ukryli najcenniejsze elementy urządzeń przez niemiecko-austriackimi okupantami i już w maju 1920 roku na krótko uruchomiono wielki piec, a potem marteny i walcownię. Zakład pracował z długimi przerwami i wśród wielkich trudności, mimo iż w 1920 r. podpisano umowę na dostawy wyrobów żelaznych z wojskiem polskim. W 1924 roku produkcja zupełnie stanęła, a bezrobotni hutnicy i górnicy musieli się rozejść do domów. Na szczęście ta kryzysowa sytuacja nie trwała długo. Wojsko potrzebowało produkowanej przez zakłady amunicji, i to w dużych ilościach. Produkowano ją we współpracy z francuskim przedsiębiorstwem Schneider (z miejscowości Creusot), angielskimi zakładami Vickersa (fabryki w Londynie, Derby, Elswick) i czeską firmą Skoda (z Pilzna). W 1926 roku produkcja zbrojeniowa ruszyła pełną parą, a huta znów produkowała stal. Zbudowano nowe zakłady mechaniczne i amunicyjne. W tym samym roku, na poligonie leśnym koło Lubieni dokonano pierwszej próby ogniowej dział Schneidera. Zakup licencji na produkcję dział i pocisków od wspomnianych zagranicznych firm kosztował prawie 7 i pół miliona złotych. Za modernizację fabryki i nowe zakłady zapłacono 12 milionów złotych. Sporą część tych kwot wyłożył rząd polski. W 1928 roku zainteresowanie władz naczelnych Polski inwestycjami w przemysł zbrojeniowy w Starachowicach jeszcze wzrosło. Planowano utworzenie kompleksu przemysłowego tzw. trójkącie bezpieczeństwa, w widłach Wisły i Sanu, oraz w zagłębiu staropolskim. Zakłady Starachowickie skorzystały z uchwalonych przez Radę Ministrów ulg podatkowych. Z pomocą państwowych funduszy przeprowadzono przebudowę i modernizację wszystkich wydziałów fabryki i huty, oraz rozbudowę nowych obiektów. Sprzyjały temu gospodarcze koncepcje ówczesnych władz naszej Ojczyzny, popierających etatyzm i zakładanie przedsiębiorstw państwowych w ramach tzw. Pierwszej Brygady Gospodarczej. Zmodernizowano stalownię i walcownię. Wybudowano także bardzo ważny zakład: cegielnię, wytwarzającą nie tylko materiały budowlane, ale także specjalistyczną cegłę wielkopiecową. Wykorzystywała ona do produkcji m. in. żużel hutniczy. W ramach rozbudowy zakładów drzewnych wzniesiono kalafoniarnię i terpentyniarnię. Dyrekcja zakładów zadbała także o zabezpieczenie stałego dopływu surowca do huty. Uruchomiono nowe kopalnie rudy żelaza w okolicy: Czerwona, Strzelnica, Myszki. Rozszerzono wydobycie kopalni Władysław. Produkcja rudy wzrosła do 58 tys. ton rocznie. Cały starachowicki kompleks przemysłowy podłączono w 1930 roku do sieci elektrycznej wysokiego napięcia, należącej do Zjednoczenia Elektrowni Okręgu Radomsko Kieleckiego. Dzięki temu można było uruchomić elektrostalownię, kuźnię, laboratorium, oraz dział obróbki plastycznej i stalownictwa. Mnożyły się kolejne umowy międzynarodowe, przybywało wyrobów przemysłu zbrojeniowego. Można było w końcu wytwarzać ciężkie działa i pociski do nich. Fabryka produkowała ciężką artylerię na licencji Skody, działa na licencji szwedzkiej firmy Bofors (działo przeciwpancerne kal. 37 mm, armata przeciwlotnicza kal. 40 mm [słynny starachowicki bofors]), armaty dalekiego zasięgu kal. 105 mm, armaty polowe kal. 75 i 155 mm na licencji Schneidera i amunicję artyleryjską. W biurach konstrukcyjnych fabryki opracowano nowe modele uzbrojenia: armaty polowe dla piechoty, działa dalekonośnie, podwozia dla dział przeciwlotniczych. Po 1935 roku inwestycje państwa w fabrykę jeszcze wzrosły w związku z budową Centralnego Okręgu Przemysłowego w środkowej Polsce. Rząd premiera Felicjana Sławoja Składkowskiego chciał przekształcić Polskę z kraju rolniczo przemysłowego w przemysłowo rolniczy. W realizacji tego celu miały pomóc inwestycje w Starachowicach. W latach 1935-1938 inwestycje rządowe wyniosły ponad 5 mln złotych. Pieniądze te posłużyły głównie na sfinansowanie budowy hali montażowej dział i wytwórni stopów twardych na licencji Kruppa. Cały ten program rozbudowy odbywał się pod nadzorem władz państwowych. Połowa akcji należała do rządu. Kilkanaście procent udziałów znalazło się też w rękach francuskich i belgijskich kapitalistów. Rozwój starachowickiego przemysłu nie byłby możliwy bez pochodzących z Kresów zdolnych inżynierów i organizatorów. Kierownik Działu Broni Zakładów Starachowickich, inż. Emilian Jastrzębski urodził się w Inflantach Polskich, w majątku Rozalin. Pochodził z rodziny ziemiańskiej i kształcił się w Petersburgu i Lwowie. Przed wojną pracował w rosyjskich zakładach w Mikołajowie (dziś na Ukrainie). Uczestniczył w montażu wież artyleryjskich na kilku carskich krążownikach floty czarnomorskiej. W Starachowicach rozbudowywał produkcję uzbrojenia i asystował przy zawieraniu umów licencyjnych z zagranicą. Znał kilka języków obcych i był zdolnym konstruktorem dział. W pracy towarzyszyli mu: pochodzący z Białostocczyzny inżynier Władysław Rogowski (wybitny metalurg, szef produkcji hutniczej na wielkim piecu) i inż. Marian Wakalski z Tarnopola (kierownik działu armatniego, współpracownik Jastrzębskiego w dziale broni). To dzięki tym zdolnym i pracowitym ludziom udało się uruchomić i prowadzić produkcję dział i pocisków.

Gorzej wiodło się miejscowym przedsiębiorcom, którzy nie mieli możliwości korzystania z pomocy rządu. W latach 20tych przedsiębiorca Pilarczyk uruchomił prywatną kopalnię syderytu, dostarczał także do huty starożytne żużle dymarskie, zawierające wiele żelaza. Niestety zarząd Huty Bankowej upomniał się u niego o odszkodowanie za dostarczenie zasiarczonej rudy. Pilarczyk zbankrutował, a jego przedsiębiorstwo zamknięto. Nie lepiej powiodło się inżynierowi Roehrowi, który zajął się wydobyciem pirytu (z którego odzyskiwano siarkę do wytwarzania kwasu siarkowego w zakładach chemicznych), a także przewozem drewna. Zbudował nawet kolejkę wąskotorową do Zagnańska, gdzie znajdowała się stacja przeładunkowa. Niestety, w 1937 roku w przedsiębiorstwie Roehra wybuchł strajk, który doprowadził inżyniera do upadłości. Zbankrutował także Kiciński, dostarczający do huty wyroby szamotowe. Zakłady Starachowickie wykupiły w 1938 roku jego fabrykę ceramiczną zwaną Rogalinem (znajdowała się ona na terenie dzisiejszej odlewni bazaltu, u zbiegu ulic Piłsudskiego i Wojska Polskiego). Mimo to, okazało się, że najwartościowszy surowiec do wyrobu szamotów trzeba było sprowadzać z Czech.

Kontakty z zagranicą niebawem okazały się problematyczne. Dyrekcja huty chciała produkować stal stopową do wyrobu twardych krawędzi narzędzi pracujących w trudnych warunkach (tzw. widii). Brak było jednak koniecznych technologii produkcji węglików spiekanych z dodatkiem wolframu, tytanu, molibdenu i tantalu. Należało ją uzyskać z zagranicy. W 1937 roku podpisano umowę z Zakładami koncernu Kruppa w Essen w Zagłębiu Ruhry. Jej warunki były niekorzystne. Niemcy oczywiście przyznali Zakładom Starachowickim prawo produkcji wyrobów z widii na licencji Kruppa, ale nie zgodzili się im dać wyłączności na handel produktami z węglików spiekanych na terenie Polski. Krupp nadal mógł bez przeszkód sprzedawać swoje wyroby w naszym kraju, zapewniając sobie zyski, a pracownikom zachowanie miejsc pracy. Co ważniejsze, proszki specjalistyczne do wyrobu widii nadal miano dostarczać z Niemiec, bo nikt nie przyznał stronie polskiej prawa do ich wytwarzania. Kosztowna inwestycja w nowo wybudowany wydział twardych metali zupełnie się nie opłaciła. Niemieccy partnerzy cały czas interpretowali umowę na swoją korzyść. Fabryka zbrojeniowa w Starachowicach produkowała nie tylko na potrzeby Wojska Polskiego, ale także na eksport. Jej wyroby trafiały za granicę za pośrednictwem spółki Sepewe, kierowanej przez pułkownika Ottona Czuruka, szefa wydziału przemysłu Ministerstwa Spraw Wojskowych. Sporo udziałów w tej spółce posiadał Bank Gospodarstwa Krajowego, trzymający pod kontrolą pakiet akcji Zakładów Starachowickich. Za przyczyną tego właśnie przedsiębiorstwa produkowane w Starachowicach działa były sprzedawane do Wielkiej Brytanii, Norwegii, Estonii, Belgii, Finlandii, Danii, Grecji, Litwy, Francji, Argentyny, Chin i Tajlandii. Armaty przeciwlotnicze Boforsa znalazły się nawet w zarządzanym przez Brytyjczyków Egipcie, gdzie w czasie II wojny światowej strzegły portu w Aleksandrii i Kanału Sueskiego. Starachowickie armaty były wysyłane nawet do ZSRR (!), gdzie wytwarzano ich przeróbki. W świetle tych danych tym bardziej bulwersujący jest fakt, że 1 września 1939 roku w całej Polsce znajdowało się tylko 358 sztuk doskonałych armat przeciwlotniczych marki Bofors kal. 40 mm.

Tymczasem w Wierzbniku liczba ludności rosła bardzo szybko. W 1921 roku miasto zamieszkiwało ponad pięć tysięcy ludzi, a na jedną izbę mieszkalną przypadało aż 9 osób. Ale Wierzbnik potrzebował funduszy na najpilniejsze inwestycje. Brak było oświetlenia na ulicach, kanalizacji, wodociągów i twardej nawierzchni ulic. Mieszkańcy radzili sobie jak mogli, co roku wznosząc kilkanaście domów mieszkalnych. Warunki były nadzwyczaj trudne. Szalejąca inflacja powodowała, że wysokość opłat i podatków miejskich ustalano w stosunku do aktualnej ceny rynkowej żyta. Po ulicach miasta wałęsały się świnie i kozy. Brak było pieniędzy na zaplanowane budowy szpitala, starostwa powiatowego, targu, rzeźni i szkoły. Zaopatrzenie w żywność było fatalne i na tle niedostatków raz po raz wybuchały konflikty z władzami powiatu iłżeckiego (którego siedziba mieściła się właśnie w Wierzbniku). Pewną poprawę sytuacji przyniosła działalność burmistrza Władysława Sokoła, z zawodu rybaka. Sokół zdołał doprowadzić linię elektryczną do Wierzbnika i uruchomić w mieście oświetlenie uliczne. Z jego inicjatywy zbudowano szkołę i łaźnię miejską, a także wybrukowano wiele ulic. Energiczny burmistrz dwa razy dostał się do aresztu, bo władzom powiatowym nie podobało się, że chciał zwiększyć kartkowe przydziały żywności dla mieszkańców.

W 1927 Wierzbnik liczył prawie 8000 mieszkańców, w tej liczbie 2500 Żydów. Na terenie miasta znajdowało się kilka zakładów przemysłowych: huta szkła, fabryka smoły i cegielnia (należące do Żydów), oraz zakład przemysłu drzewnego i fabryka narzędzi rolniczych (będące własnością Polaków). Tutejszy kościół parafialny pod wezwaniem Św. Trójcy był już od dawna za ciasny w stosunku do potrzeb parafii i proboszcz, ks. Dominik Ściskała zamyślał jego rozbudowę. Dopiero ks. dr Stefanowi Świetlickiemu udało się przeprowadzić gruntowną rozbudowę kościoła, którą pokierował architekt S. Szyller z Warszawy. Dobudowano nowe kaplice, zakrystię i boczne nawy. Przebudowę dokończył po 1937 r. ksiądz Jan Lipiński. Wierzbniccy duchowni w okresie międzywojennym byli też bardzo aktywni na polu działalności społecznej. Zarówno ks. Ściskała, jak i ks. dr Świetlicki wspierali działania Katolickiego Towarzystwa Robotników Polskich, Związku Zawodowego Górników Chrześcijańskich i Zjednoczonego Związku Zawodowego Metalowców Chrześcijańskich. Dzięki temu udało się uchronić sporą część robotników od wpływów komunistów z KPP, działających w Wierzbniku i pobliskich Starachowicach.

Komunistyczne organizacje były bardzo mocno zainteresowane tworzeniem silnych struktur na terenie Wierzbnika i Starachowic. Już w pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości przez nasz kraj KPP posiadała tu wielu członków i organizowała wiece oraz strajki. Rzekoma walka o poprawę bytu robotników była rzecz jasna tylko pretekstem. Tak naprawdę komuniści byli zainteresowani czym innym. Trzeba sobie uświadomić, że KPP i pokrewne organizacje były przede wszystkim ekspozyturami sowieckiego wywiadu i dywersji. Zadaniem tajnych struktur KPP, utrzymujących kontakt z Moskwą, było prowadzenie działalności wywiadowczej i szkodzenie państwom wrogim ZSRR. Były one po prostu ekspozyturą GRU, OGPU i NKWD- radzieckiego wywiadu. Wojskówka KPP miała za zadanie dostarczanie informacji na temat wojska polskiego, możliwości polskiego przemysłu zbrojeniowego, infrastruktury, ruchów wojsk, stanu uzbrojenia. Działający na niskich szczeblach działacze KPP mieli obowiązek przekazywania takich informacji władzom partii. Ostatecznie trafiały one do Centralnego Wydziału Wojskowego KC KPP, a ostatecznie do wywiadu radzieckiego w Moskwie. Na polecenie władz sowieckich działacze partyjni często dokonywali zamachów, sabotażu i organizowali strajki w kluczowych z punktu widzenia strategicznego miejscach. W tej sytuacji nie dziwi ożywiona działalność komunistów na terenie Zagłębia Staropolskiego, w jednym z najważniejszych miejsc z punktu widzenia polskiego potencjału przemysłowego i obronnego. Sowieci chcieli sparaliżować produkcję w Starachowicach i pozbawić polską armię tak potrzebnej artylerii i doskonałej amunicji.

Na Wierzbnickim rynku, mimo hiperinflacji i kryzysu gospodarczego lat 1929-1936, co czwartek odbywały się targi. Chłopi z okolicznych wsi (Lipia, Rzepina, Lubieni, Kuczowa, Michałowa) zjeżdżali do miasta furmankami, by sprzedać produkty rolne ze swoich gospodarstw. Na placu ustawiali swoje stragany także miejscowi polscy i żydowscy handlarze, sprzedający przede wszystkim wyroby rzemieślnicze. Porządku strzegli policjanci i mieszkańcy zaangażowani przez magistrat jako stróże. W nocy pomagali policji w stróżowaniu wybrani obywatele Wierzbnika uzbrojeni w drewniane drągi. Władze miasta zatrudniały także stróża aresztu.

W tym samym czasie osiedle Starachowice, związane z zakładami przemysłowymi powiększało się i korzystało z inwestycji. Wybudowano cały kompleks zakładów górnych, gdzie odbywała się produkcja zbrojeniowa. Znajdował się on na nieużytkach, około 1 km na północny zachód od huty. Składał się z wielkich żelbetonowych hal produkcyjnych. Pomiędzy dolnymi i górnymi zakładami powstały fabryczne osiedla mieszkaniowe, tak charakterystyczne dla krajobrazu przemysłowych miast Polski. W latach 20tych zbudowano tu kolonię robotniczą i urzędniczą, złożoną z domków. Na osiedlu Bugaj, przy drodze do Tychowa wzniesiono tartak. Pieniądze zakładów pozwoliły w okresie międzywojennym na zbudowanie w Starachowicach poczty, kościoła drewnianego w stylu zakopiańskim (pw. Wszystkich Świętych), szkół, przedszkola z ogródkiem jordanowskim, wodociągów i filtrów, oczyszczalni ścieków, budynku ZUS, szpitala, hali targowej, remizy strażackiej, kina i boiska sportowego. Infrastruktura była więc lepiej rozwinięta, niż w sąsiednim Wierzbniku. Włodarze tego ostatniego już od 1918 roku starali się o połączenie obydwu osad w jedno miasto. Było to trudne, bo sprzeciwiała się temu pomysłowi dyrekcja Starachowickich Zakładów Górniczych. W końcu, 28 marca 1939 premier Sławoj Składkowski wydał zarządzenie o połączeniu obydwu miejscowości w jedno miasto pod nazwą Starachowice-Wierzbnik. Jednocześnie zaplanowano rozbudowę nowego miasta do rozmiarów dużego ośrodka posiadającego 79 tys. mieszkańców.

Przed wybuchem II wojny światowej praca w Zakładach Starachowickich szła pełną parą. Sypały się budżetowe pieniądze na inwestycje w tej ważnej fabryce zbrojeniowej. W 1939 roku zakłady zatrudniały ponad 8 i pół tysiąca robotników. Z fabryki wychodziły setki dział, pocisków artyleryjskich, a także lekka i ciężka broń piechoty. Przyfabryczne place przestały mieścić nową produkcję. W pobliskim Stykowie zaczynano budowę (nigdy nie dokończoną) elektrowni na potrzeby tutejszego przemysłu. Z nowych szybów kopalnianych (Majówka I i II, Władysław) wyjeżdżały kolejkami do huty tysiące ton rudy żelaza. Latem 1939 roku Zakłady przygotowały rezerwowy zapas rudy w ilości 12 tys. ton na wypadek wojny, stosując się tym samym do zarządzeń rządowego planu obrony. W sierpniu 1939 roku na terenie Zakładów Starachowickich utworzono nową formację obrony terytorialnej: ochotniczą kompanię przeciwlotniczą, obsługującą działa Bofors. Służyli w niej pracownicy zakładów, a także młodzież. Wszyscy zostali skoszarowani na terenie starachowickiego liceum i dostali stalowe hełmy, fabryczne drelichy, berety i podstawowe wyposażenie. Zagrożenie wojenne było z dnia na dzień coraz bardziej realne, więc członków kompanii pospiesznie przeszkolono obsłudze armat przeciwlotniczych.

Nadszedł pamiętny dzień 1 września 1939 roku. Od rana załoga Starachowickich Zakładów Górniczych pracowała normalnie. Na rynku wierzbnickim toczyło się spokojne życie małopolskiego miasteczka. Ale już kilka godzin później nad miasto nadlatują eskadry niemieckich samolotów i bombardują teren fabryki Mieszkańcy szukają schronienia, a kompania przeciwlotnicza ostrzeliwuje napastników. Na starachowickiej stacji kolejowej zatrzymują się pociągi wiozące wojsko na zachód. Harcerze rozdają żołnierzom napoje i żywność. W mieście pojawiają się uchodźcy uciekający przed Niemcami na wschód. Około 5 września ze Starachowic ewakuowały się urzędy i Policja Państwowa. Z fabryki wywieziono pociągami na wschód najlepsze maszyny i obrabiarki. Zakład praktycznie przestał działać. 6 września w okolice miasta dotarły z południa zmechanizowane czołówki niemieckiej 3 dywizji lekkiej gen. Kuntzena. Baterie polskich Boforsów stojące na Wanacji przywitały je celnym ogniem. Zniszczono niemiecki samochód pancerny. Hitlerowcy kontratakowali i zmusili polską obsługę dział do ucieczki przez teren cmentarza żydowskiego. Niemcy zemścili się okrutnie na ludności za poniesione straty. Na Wanacji zastrzelili 20 mieszkańców (wśród nich kilkoro dzieci) i spalili tutejsze zabudowania. Dwa dni później Wermacht zajął całe miasto. Niemcy skonfiskowali pozostałe w zakładach maszyny i wysłali je do Rzeszy.

W grudniu 1939 roku do Starachowic przybyli przedstawiciele dowództwa Wermachtu i koncernu Hermann Goering Werke. Polskich inżynierów i pracowników fabryki przymusowo ściągano na „rozmowy”z nowymi, niemieckimi władzami zakładowymi. Wśród Polaków znalazł się niestety także zdrajca, kpt. Witold Hajdukiewicz, który pomógł im uruchomić w fabryce produkcję na potrzeby wojenne. W nowych warunkach koncern HG Werke zaczął w Starachowicach wytwarzać pociski artyleryjskie, części łodzi podwodnych, a także detale myśliwców. W tartaku produkowano części wozów i skrzynki amunicyjne. Miasto nie doznało większych zniszczeń. Miało służyć okupantom jako część przemysłowego zaplecza frontu. Zagłębie staropolskie stało się częścią przemysłu Rzeszy. W Starachowicach powstała więc zamknięta dzielnica uprzywilejowanej ludności niemieckiej. Germańscy najeźdźcy i volksdeutsche-renegaci mieli za zadanie kontrolować miejscową produkcję.

Warunki życia i pracy mieszkańców pod okupacją niemiecką były fatalne. Płace robotników ledwo starczały na codzienne utrzymanie. Wielu Starachowiczan po prostu głodowało. Jedynym środkiem służącym utrzymaniu tempa pracy w fabryce stał się bezwzględny terror. Niemcy utworzyli na Majówce karny obóz pracy dla Polaków i Żydów. W Wierzbniku powstało getto. Większość starachowickich Żydów została w 1942 roku zgładzona po wywiezieni udo obozu zagłady w Treblince. Pozostali nieliczni, pracujący w obozie na Majówce. Terror wzmagał się. Niemcy organizowali na rynku publiczne egzekucje mieszkańców, wieszanych na szubienicy. Wielu młodych mężczyzn wywieziono na przymusowe roboty do Rzeszy. Co jakiś czas Niemcy urządzali łapanki i obławy na pracowników fabryki, których wywożono do Rzeszy, albo do obozów koncentracyjnych. Wielu mieszkańców przetrzymywano i torturowano w więzieniu, znajdującym się przy tunelu prowadzącym do huty (okolice ul. Piłsudskiego, dziś budynek więzienia już nie istnieje). Najgorszy był los górników pracujących w starachowickich kopalniach. Niemcy bezwzględnie egzekwowali normy wydobycia, terrorem przymuszając ich do wyniszczającej pracy. Górnicy, którzy nie mogli wyrobić normy, byli brutalnie bici przez niemieckich nadzorców. Pod koniec wojny do strzeżenia kopalń zostali skierowani wachmani ze zgrupowania własowców stacjonującego w Bliżynie. Ci bezwzględni oprawcy mają na sumieniu życie wielu starachowickich górników i robotników.

W miarę, jak zbliżał się koniec wojny, mnożyły się w mieście i okolicach akcje ruchu opru spod znaku AK i BCh. Już w 1940 roku został zastrzelony kolaborujący z Niemcami kpt. Hajdukiewicz. W sierpniu 1943 ppor. Antoni Heda „Szary” wraz ze swoim plutonem opanował starachowickie więzienie i uwolnił przetrzymywanych tu ludzi. Partyzanci wykonywali zadania sabotażowe i dywersyjne, paraliżujące pracę w zakładach. W fabryce niektórzy robotnicy prowadzili konspiracyjną produkcję pistoletów maszynowych dla oddziałów partyzanckich. Niestety, wielu tutejszych patriotów przypłaciło swoją bezkompromisową działalność życiem. Byli wśród nich m. in. Bolesław Papi „Czerw”, Jan Sieroń „Kawka” i Aleksander Krukowski. Starachowiczan, którzy w 1939 odeszli z wojskiem na wschód, spotkał równie tragiczny los. Żołnierze, policjanci i cywile, którzy dostali się do niewoli sowieckiej, zostali w przeważającej większości wymordowani przez NKWD. Spotkało to niemal całą załogę starachowickiego posterunku policji, która w pierwszych dniach września ewakuowała się z miasta.

W lecie 1944, kiedy do Małopolski zaczął zbliżać się front, rozpoczęła się akcja „Burza”. Wzmogły się działania świętokrzyskich partyzantów. Ze wschodu ściągali polscy uchodźcy z obszarów, gdzie UPA paliła polskie wsie i mordowała ich mieszkańców. Niemcy ściągnęli w rejon Starachowic wielkie siły wojska i policji do zwalczania ruchu oporu. Kiedy wybuchło powstanie warszawskie, do Starachowic dotarło wielu uciekinierów ze stolicy. Na plebanii parafii Św. Trójcy znalazł schronienie poeta Leopold Staff, który uciekł z żoną z płonącej Warszawy. Dzień 14 sierpnia 1944 roku okazał się dla mieszkańców Starachowic najbardziej tragiczny podczas całej wojny. Tego dnia na północ od miasta pojawiły się oddziały Kałmuckiego Korpusu Kawalerii, walczącego w służbie niemieckiej. Kałmucy przeszukiwali lasy w poszukiwaniu partyzantów. Szybko znaleźli się w mieście, które stało się sceną ich przerażających zbrodni, przypominających te dokonane w Warszawie przez ludzi Dirlewangera. Kałmucy pojawili się na ulicy Kościelnej i na Majówce. Zaczęli gwałcić i mordować miejscowe kobiety. Rozstrzeliwali i zakłuwali bagnetami napotkanych ludzi. Wielu okrutnie torturowali. Innych wiązali powrozami, brutalnie bili i prowadzili do siedziby gestapo w Starachowicach (dziś budynek hotelu Senator). Masakra trwała dwa dni i przyniosła kilkadziesiąt ofiar.

Pod koniec wojny życie w mieście stało się niemal nie do zniesienia, i to nie tylko z powodu terroru i zbrodni niemieckich. Okupanci na jesieni 1944 roku zdemontowali i wywieźli do Niemiec większość maszyn starachowickiej fabryki. Wielki piec już od dawna nie działał z braku opału. Robota w zakładach stanęła i kilka tysięcy bezczynnych robotników pozostało bez środków do życia. Zdobycie żywności w czasie ostatniej wojennej zimy było niebywale trudne. W opuszczonych budynkach fabryki zakwaterowano żołnierzy Wermachtu. Mieszkańcy słyszeli zbliżający się front i coraz bardziej potęgujący się odgłos dział. Wielu zaczęło kopać schrony. Jeszcze 14 stycznia 1945 Niemcy rozstrzelali na terenie kopalni na Orłowie kilkudziesięciu Polaków. Następnego dnia przez miasto ciągnęły wycofujące się wojska niemieckie. Sznur wozów i samochodów przejeżdżał przez Starachowice przez kolejne 24 godziny. Rankiem 17 stycznia w Starachowicach znalazły się oddziały zwiadowcze Armii Czerwonej. Robotnicy zakładów weszli tego dnia do hal fabrycznych zastając na miejscu obraz zniszczenia i puste miejsca po zrabowanych przez Niemców urządzeniach.

Literatura

J. Rybski, Z dziejów starachowickiego górnictwa, Starachowice, 2006.

W. Rogowski, M. Wakalski, S. Pilarski, Przemysł dawnych Starachowic, Starachowice, 2007.

M. Adamczyk, S. Pastuszka, Starachowice. Zarys dziejów, Warszawa, 1984.

A. Pawelec, Dziedzictwo Starzecha i inne opowiadania, Starachowice, 2001.

A. Pawelec, Ze Starzechem w tle, Starachowice, 2005.

A. Pawelec, W Starachowicach i okolicy, Starachowice, 2008.

A. Pawelec, Potomkowie Starzecha, Starachowice, 2003.

W. Sobieraj, P. Kołodziejski, Nim zasypano ostatni szyb. Historia starachowickiego górnictwa rud żelaza, Starachowice, 2010.

W. Pobóg-Malinowski, Najnowsza historia polityczna Polski, t.2, cz1., 1914-1939, Gdańsk, 1990.

P. Gontarczyk, Polska Partia Robotnicza. Droga do władzy (1941-1944), Warszawa, 2006.



tagi: historia polski  starachowice  zakłady starachowickie  bofors  ii wojna światowa 

Stalagmit
7 lipca 2017 11:50
6     753    4 zaloguj sie by polubić
komentarze:
ewa-rembikowska @Stalagmit
7 lipca 2017 16:06

można powiedzieć, dzieje Polski w pigułce. Odbudowa - zniszczenie - odbudowa - zniszczenie i tak w kółko.

zaloguj się by móc komentować

Zadziorny-Mietek @Stalagmit
8 lipca 2017 00:24

Świetny tekst. Jednak, nie gniewaj się, ale te "setki dział" w 1939 r. to chyba lekka przesada. 155 mm Schneidery wypuszczano, jeśli dobrze pamiętam, w oszałamiającej liczbie dwóch sztuk na miesiąc, a plany produkcyjne prawie całkowicie naszej, nowej 155-ki przewidywały 2-3 sztuki na 2 miesiące, zdaje się. Właśnie braki w ciężkiej artylerii polowej 120-155 mm szczególnie zaważyły o takim a nie innym przebiegu działań wojny obronnej z naszej strony.

zaloguj się by móc komentować

Stalagmit @ewa-rembikowska 7 lipca 2017 16:06
8 lipca 2017 16:45

Oczywiście, jest właśnie tak, jak Pani pisze. Poza tym cały ten wybudowany ogromnym kosztem kompleks, cały majątek w ostateczności posłużył okupantom

zaloguj się by móc komentować

Stalagmit @Zadziorny-Mietek 8 lipca 2017 00:24
8 lipca 2017 16:52

Dziękuję zarówno za zainteresowanie tekstem, jak i za cenne uwagi. Muszę jescze raz przejrzeć dane o produkcji, które nie są jednoznaczne. Chciałem podkreślić, że dużo dział szło na eksport, i to "egzotyczny", w a artylerii polskiej były braki, jak Pan słusznie napisał. Podobno w 1939 roku dyrekcja zakładów musiała na jakiś czas przerwać produkcję, bo na placach zalegały ogromne ilości dział, których nikt nie odbierał. I teraz pytanie: dlaczego w tej sytuacji władze sięgały jeszcze do ofiarności społeczeństwa? Czy nie wystarczyło odebrać broń zmagazynowaną w Starachowicach? I dlaczego nie użyto tej broni, a we wrześniu wysłano ją pociągami na wschód lub zarezerwowano " dla Anglii"?

zaloguj się by móc komentować

Paris @Stalagmit 8 lipca 2017 16:52
8 lipca 2017 18:01

Pewnie dlatego, ze ci "polacy"... ta  "polska i patriotyczna waadza"... na tym "uchodzstwie",  co  to  nawiala przez Zaleszczyki musiala sie czyms zabezpieczyc... to mi tak na moja logike wychodzi.

Baaardzo ciekawe sprawy Pan opisuje... niewiele co komentuje, bo i ciezko o jakis  komentarz... ZDRADA narodu przez "waadze", beztroska o pozostawionych ludzi poraza... ale nauka z tej niedawnej historii bezcenna !!!   

zaloguj się by móc komentować

Stalagmit @Paris 8 lipca 2017 18:01
10 lipca 2017 15:31

Myślę, że ma Pani rację, zgadam się- tak pewnie było. Gdyby poszukać informacji nieco głębiej, dałoby się pewnie znaleźć więcej dowodów na trafność Pani opinii. Dziękuję za zainteresowanie tekstem i przepraszam za opóźnienie w odpowiedzi- różne sprawy ma człowiek na głowie.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować